Ile kosztuje wejście na szczyt?

Jedni wolą wygodną kanapę, inni zaś spacery po parku. Są też tacy, którzy długo nie potrafią usiedzieć w miejscu, a wędrówki wokół domu nie wystarczają.

Jeśli wybierasz się na szczyt, to nie dziw się, że idziesz długą krętą i często nie równą drogą pod górę.

Dla każdego szczyt może oznaczać coś innego.  Dla jednych to sukcesy w pracy i kariera zawodowa, dla innych osiągnięcia sportowe albo artystyczne. Szczytem może być każdy postawiony cel. Albo klasycznie, najwyższy punkt góry, tak jak w poniższej historii.

Niezależnie od definicji jaką przyjmiemy, niemal każdy szczyt okupiony jest trudem, wytrwałością i wieloma wyrzeczeniami. Ci którzy choć raz spróbowali osiągnąć swój szczyt, wiedzą jak ciężko przychodzi dostanie się na samą górę.  Ci którzy tam docierają, znają smak nagrody i wiedzą, że warto się trudzić. I choć cena, którą trzeba opłacić za drogę, często się różni, to…

satysfakcja zawsze jest ogromna, a sukces smakuje zajebiście.

Zwłaszcza gdy z samej góry można spojrzeć w dół i zobaczyć jaką drogę i ile przeszkód się pokonało wchodząc na upragniony szczyt.

 

W końcu polubiłem góry.

Przez większość życia jakoś bliżej było mi do morza niż do gór, choć geograficznie rzecz ujmując, mniejszy dystans mam do Bieszczad niż do Bałtyku. Częściej jednak delektowałem się słoną wodą i morską bryzą niż szumem górskich lasów.

I to nie tak, że nie lubię gór. Górski krajobraz i świeże powietrze są ekstra, uwielbiam je.

Serio.

Jednak kilka razy zraziłem się do gór. Gdy próbując zdobyć jakiś szczyt, zawsze coś, a właściwie zawsze, to pogoda krzyżowała mi plany.

Jako dzieciak, na szczyt raczej wjeżdżałem wyciągiem niż dreptałem pod górę. Za to uwielbiałem przesiadywać całymi dniami w morzu. Stąd pewnie większa sympatia do plaży i kąpieli niż lasów, kamieni i górskich wędrówek.

Jednak nie tak całkiem dawno pogodziłem się z górami. Wdrapując się na niewielki  919 metrowy szczyt, w końcu pokochałem i jednocześnie znienawidziłem góry 😀

 

Moja droga na szczyt.

Będąc w Polanicy-Zdrój na turnieju szachowym, w ramach relaksu zrobiłem sobie wycieczkę krajoznawczą wraz z „atakiem” na najwyższy szczyt w okolicy. Podjąłem próbę wdrapania się na najwyższy czubek gór Stołowych  – Szczeliniec Wielki, który  jest częścią Sudetów.

Szczeliniec Wielki znajduje się niedaleko Karłowa, ja zaś zakwaterowanie miałem w Polanicy-Zdrój. Wybierając trasę krajoznawczą, miałem do przejścia pieszo ok 21 km w jedną stronę. 🙂 Cóż, czasu było dużo, ambicji nigdy mi nie brakowało, więc postanowiłem podjąć się wyzwania i „przejść się” na górę i z powrotem. 😀

W głowie układało się to bardzo pięknie. Wizja wędrówki przez zielone lasy wzdłuż górskiego potoku „Czerwona Woda” brzmiała jak piękna podróż. Pomijając długi dystans, w myślach klarowała się dość prosta i przyjemna droga w towarzystwie natury.

Co mogło pójść nie tak?

No właśnie….

Za swój pierwszy punkt w podróży obrałem miejsce, które już całkiem nieźle znałem… Zdążyłem się już tam pogubić parę dni wcześniej. 😛 Od VilliAlmira” (którą swoją drogą polecam za świetną gościnę i wysoki standard w dobrej cenie) ruszyłem w stronę pola golfowego. A stamtąd wzdłuż rzeki jak po sznureczku w stronę Batorów. (Tak wiem, trochę drogi nadrobiłem. 😛 ).

Problemy zaczęły się gdy skończyła się ulica, a zaczęły ścieżki leśne. Domostwa zastąpiły drzewa i skały, a zasięg gps’a nie wszedł ze mną do lasu. 😛 W czasach gdy cały świat mamy pod palcem poruszającym się po ekranie telefonu, w człowieku przygasa zmysł orientacji i zdolności radzenia sobie w naturalnym środowisku. Na szczęście lata obozów harcerskich i biegania po lesie nie zatraciły się aż tak mocno, abym nie mógł przetrwać.

Po leśnej tułaczce w Parku Narodowym Gór Stołowych, kilku trudnych decyzjach na rozdrożach dróg i zrobieniu ekstra kilku jak nie kilkunastu kilometrów. W końcu udało mi się dotrzeć do podnóża, a także na szczyt, góry Szeliniec Wielki.

Trasa na szczyt - Szczeliniec Wielki

Orientacyjna trasa na Szczeliniec Wielki

 

Ale po kolei…

Będąc w Parku Narodowym, wielokrotnie szedłem ścieżkami, które kończyły się albo zarośniętą polaną, albo połamanymi i zarośniętymi konarami drzew. Wtedy musiałem zawracać i szukać innej drogi albo przedzierać się przez zarośla.

Telefon oczywiście nie pomagał, bo nie łapał sygnału, więc na cyfrowej mapie byłem kropką, która stała w miejscu bądź nie było jej wcale.

Błądzenie i szukanie drogi nie było takie złe. Nawet całkiem ciekawe doświadczenie i niezła przygoda gdyby nie fakt, że czas zamieniał się proporcjami z siłami, kilometrów przybywało, a końcowego przystanku widać nie było.

W końcu gdy udało się odnaleźć szosową drogę w górę z wymalowanym szlakiem na drzewach, zaczął doskwierać kryzys sił. Obolałe nogi, w szczególności stopy, które toczyły walkę z podłożem odczuwając boleśnie każdy kamyk, dawały się we znaki. Zaś w głowie toczyła się walka z samym sobą. Czy iść dalej, czy szukać drogi powrotnej.

Idąc, a właściwie włócząc się drogą w górę, głupio wierzyłem, że droga dojazdowa poprowadzi mnie na szczyt góry…

Jakże wielkie było moje rozczarowanie, gdy na końcu drogi szosowej pojawiła się droga… asfaltowa. Co było jednoznaczne z wieścią, że od szczytu dzieli mnie jeszcze kawał drogi.

Już wtedy chciało mi się płakać, krzyczeć uderzać kijem (który znalazłem po drodze) we wszystko wokół. Na przeklinanie sił już nie miałem.

Poza tym przez ostatnie 2 godziny błądzenia po lesie i tak rzuciłem tyloma kurwami i innymi wybornymi słowami zaczerpniętymi z łaciny podwórkowej, że wyczerpałem cały słownik. Przekląłem wówczas każde drzewo, każdy zakręt i każdy większy pieprzony kamyk, który czuły moje stopy.

Na domiar złego, napotkany tubylec uświadomił mi, że do podnóża góry jest jeszcze ok 45 min marszu.

45 minut marszu?!

I to jeszcze tylko do podnóża góry?!

Po ponad 6 godzinach wędrówki i zrobieniu prawie 30 km… Była godzina wieczorna, coś ok 19:00, zaczęło się ściemniać. A ja byłem trzy kwadranse drogi od PODNÓŻA góry i według drogowskazów (pomijając błądzenie) prawie 5 godzin drogi z powrotem.

 

Ostatnia prosta.

Ale mimo głodu, braku sił, obolałych nóg i pleców oraz późnej godziny i mrocznej wizji powrotu. Wiedziałem, że nie zawrócę dopóki nie dotrę na szczyt! Nie po to błądziłem tyle godzin po lasach i polach, znosząc ból i pragnienie żeby się wycofać kilka kilometrów przed upragnionym celem. Zwłaszcza, że droga powrotna w tamtej chwili była gorsza niż podążanie do przodu.

Kilka kilometrów dalej, napotkana rodzina wracająca ze spaceru, powiedziała mi coś, co kolejny raz zachwiało moją wiarą w sukces dotarcia na górę. Uświadomili mnie, że do samej góry już niedaleko. Spacerkiem 10-15 minut.

W porównaniu do tego ile już przeszedłem to pikuś!

Jednak pod samą górą czekała na mniej jeszcze jedna „atrakcja”. Kolejne wyzwanie i ostatni test niezłomności, uporu i wytrwałości.

Cholerne skalne schody i kolejne 40 minut wspinaczki w górę…

Pierwsza i jedyna myśl jaka przyszła mi wówczas do głowy gdy spojrzałem w górę, dokąd prowadzą schody..

„KURWA, JA PIERDOLE, to chyba jakiś żart”.

No ale gdy się powiedziało ‚A’ to trzeba było powiedzieć i ‚B’. Nie mogłem się poddać, nie tak blisko szczytu. Nie marne kilkaset schodów od celu! Wiki twierdzi, że jest ich 665 sztuk. A ja bym postawił dwie, obolałe stopy, że tych pieprzonych schodów jest tam 666…

Smak zwycięstwa.

Pokonując drogę, schody, wszelkie problemy,  mroczne myśli i przezwyciężając ból i pragnienia w końcu udało się dotrzeć na szczyt! Byłem wykończony podróżą, a czekała mnie kolejna równie trudna, jak nie trudniejsza droga przez ciemny mroczny las późną porą. Ale to co ujrzałem będąc na górze zrekompensowało mi wszelkie trudy wędrówki.

Widok świata ze szczytu góry, choć może niezbyt wielkiej, to nagroda warta wielu poświęceń. Krajobraz i kończący się zachód słońca (na który zdążyłem w ostatniej chwili) to obraz, którego nie da się w żaden sposób opisać. To trzeba zobaczyć na własne oczy. Poczuć na własnej skórze. Samemu delektować się zapachem gór wdychanym przez nozdrza. Samemu spojrzeć w dół i poczuć się jak Pan i Władca Świata.

A satysfakcja i zachwyt, które wypełniają serce i poruszają duszą, to uczucia, które tworzą silne pragnienie poczucia tego znowu. A pisząc o tym w tej chwili rodzi się pytanie:

Kiedy znowu tego doświadczę?

szczyt Szczeliniec Wielki

Widok ze szczytu góry Szczeliniec Wielki

 

Pora powrotu i cudu.

Nakarmiłem oczy widokiem, nacieszyłem serce satysfakcją i radością.  Góra tchnęła we mnie swoją magiczną moc to pora wracać.

Jak tylko wstąpiłem na „ścieżkę utrapienia” (tak nieoficjalnie nazwałem drogę po schodach) to widok pięknej krainy rozciągającej się u podnóża góry zastąpiła wizja mrocznego lasu. Prysnął czar góry, za to wróciły uczucia bólu, głodu i pragnienia, które wiernie towarzyszyły mi przez ostatnie godziny i głowę znów owiały pochmurne myśli.

Ale tak samo jak idąc w jedną stronę nie mogłem się podać, tak tym bardziej nie mogłem tego zrobić wracając. Idąc ku ciemnemu lasowi nie mogłem zawrócić, nie było dokąd. Mój dom gdzie spałem był dwadzieścia kilka kilometrów dalej, który na dodatek był odgrodzony ścianą drzew i sznurem ścieżek bez żadnego oświetlenia.

Na domiar złego mój telefon krzyczał aby go nakarmić, bateria była na wyczerpaniu, więc o włączeniu gps’a, który i tak nie łapał sygnału nie było mowy. Mówiąc krótko, byłem w ciemnym lesie i w ciemnej dupie.

Pomyślałem, że zanim popełnię samobójstwo i wejdę w głąb lasu bez przejezdnych dróg to spróbuję dać sobie szansę i skorzystać z chyba ostatniej deski ratunku jaką był domek wypoczynkowy, gdzie na placu byli żywi ludzie. Pomyślałem, że może wskażą mi najlepszą drogę do domu.

Nie szukałem noclegu bo byłem cały brudny od potu, kurzu i ziemi. Nie miałem niczego na przebranie. A w dodatku następnego dnia miałem kolejną rundę turnieju, którą notabene wygrałem. 😀

Na szczęście dobrzy ludzie nie pochowali się przede mną w domku. Za to chętnie i z pełnym zaangażowaniem próbowali udzielić mi pomocy i wskazać jak najlepszą drogę. Dobrze wspominam zwłaszcza sympatyczną Olę, z którą na ekranie jej telefonu próbowaliśmy ustalić jak najlepszą trasę. 🙂

Na szczęście, (a może niestety?) nie było mi dane wdrożyć tego planu w życie. Tamtego późnego wieczoru nie czekały już na mnie kolejne przygody i wyzwania w mrocznej leśnej krainie. Nie czekały bo nie wszedłem już do lasu.

W trakcie gdy ja starałem się zapamiętać wszelkie szczegóły drogi powrotnej, które objaśniała mi Ola. Z boku podeszła do mnie kolejna wspaniała i dobroduszna kobieta – Beata, która zaoferowała się, że zawiesie mnie do Polanicy autem!

Z reguły nie lubię jak ktoś się dla mnie naraża. Bo jednak podróż nocą przez ciemny kręty las nie należy do najbezpieczniejszych wycieczek. Ale wówczas ani nie miałem siły, ani nie chciałem protestować. Propozycję podwózki przyjąłem za dobrą monetę, nawet się nie zastanawiając nad tym ani chwili. Byłem tak wyczerpany, że zwolniłem wszelkie hamulce i opór przed przyjęciem takiego poświęcenia.

Niestety nie pomyślałem też, aby w ramach podziękowania zaprosić osobiście Ole na kawę. 😛 Myśl powrotu do domu przyćmiła wszystkie inne. Za to wierzę w dobrą karmę, więc mam nadzieję, że wiedzie się moim wybawcom jak najlepiej. A może jeszcze kiedyś będzie szansa się odwdzięczyć osobiście 🙂

 

Zanim odpuścisz.

Miałeś sytuację, które były beznadziejne, odchodziły od Ciebie siły, wiara i nadzieja, że dotrwasz i dotrzesz na swój szczyt? A takich sytuacji miałem od groma i miewam je ciągle. Ale doświadczenie z wyżej opisanej wędrówki nauczyło mnie kilku rzeczy.

  1.  Możesz przetrwać więcej niż sądzisz.
    Jeśli wydaje Ci się, że nie masz już sił, że opuszcza Cię nadzieja, że plan traci sens, a Ty nie jesteś wstanie zrobić kolejnego kroku. To masz rację, wydaje Ci się! Bo nigdy nie jest tak źle, żebyś nie mógł zrobić kroku na przód. Nie przychodzi to łatwo, często jest okupione wielkim trudem. Ale hej! Zrób kolejny krok i pomyśl sobie, że jesteś o krok bliżej do celu i że robiąc kolejny zbliżysz się znowu. I tak kroczek za kroczkiem, jak zapętlona wskazówka zegara aż wejdziesz na szczyt!
  2. Pamiętaj, że powrót nie będzie łatwiejszy.
    Często gdy już nie mamy sił i dopada Nas zwątpienie, to tak na prawdę mamy krótszy dystans na szczyt, niż droga z powrotem, która wcale nie jest ani łatwiejsza ani szybsza. Zawraca się tylko wtedy, gdy warunki nie  sprzyjają. Za powrót w dół, niezależnie od skali zapłacisz podobną jak i nie większą cenę. Więc zanim zdecydujesz się zawrócić, skalkuluj czy ryzyko wejścia wyżej nie będzie bardziej opłacalne.
  3. Idąc na szczyt nie możesz przestać i zatrzymać się w trakcie.
    Wyobraź sobie grupę ludzi, którzy próbują zdobyć Mount Everest. Gdy wchodzi się na górę, zwłaszcza taką górę, nie można powiedzieć „pierdolę, dalej nie idę”. Siąść na dupie i czekać aż się zachce albo ktoś Cię przeniesie w jedną albo drugą stronę. Gdy stajesz podczas wspinaczki lub zejścia, to już wracasz. Nawet idąc pod górę o prawie 9 tysięcy niższą. Może Twoje życie nie jest zagrożone przez przestój. Ale prędzej czy później i tak będziesz musiał w którąś stronę ruszyć.
  4.  Rezygnujesz nie tylko z dalszej drogi na szczyt ale i uczuć i doznań, których nie doświadczysz stojąc pod górą.
    Stojąc u podnóża, zadzierając łeb i kierując wzrok w górę, nie poczujesz i nie doświadczysz tego co może czekać na Ciebie na szczycie. Opowieści i obrazki ludzi, którzy tam byli nie oddają mocy magii, która przenika Cię gdy jesteś na samej górze.  Podaj się w trakcie, a nigdy nie zrozumiesz i nie poczujesz tego, czego doświadczyli Ci, którzy nie zrezygnowali.
  5. Zdobywając szczyty poznajesz siebie i wyrabiasz charakter.
    Doświadczanie tego wszystkiego co Cię spotyka po drodze. Tak samo jak osiągnięcie celu. Cholernie wzmacnia nie tylko organizm ale i głowę. Jak to mówią „Co nas nie zabija to Nas wzmacnia”. A góry należą do grona tych przeżyć, które hartują najmocniej. A dzięki podróży masz okazję poznać siebie, swoje możliwości, które jesteś wstanie przełamać i zajrzeć w głąb siebie.
  6. Wolność jest w chmurach.
    Możesz zachwycać się głębinami oceanów, mistycyzmem grot skalnych, urokami dolin, mórz i jezior. Możesz aktywnie żyć na równinie, albo w kapciach na fotelu. Ale prawdziwą wolność czuje się w górach. Tam człowiek choć na chwilę może uwolnić się od trosk życia codziennego i zachwycając się widokami. Poczuć się wolnym.
  7. Jeśli myślisz o szczycie, to nie ma innej drogi.
    Zastanawiałeś się dlaczego hierarchię ważności oznacza się od góry do dołu? To co najcenniejsze i najbardziej prestiżowe jest najwyżej. Na szczyt zawsze idzie się pod górę.

 

You may also like...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *